Okiem bibliotekarki: „Lalka” po liftingu. Czy Prus by to kupił?


 

„Znowu ta Lalka?”

No właśnie.

I to jest chyba pierwsze pytanie, które może zadać ktoś, kto właśnie zobaczył zapowiedzi nowego serialu Netflixa.

Bo przecież „Lalkę” już mieliśmy.
Mieliśmy film Wojciecha Jerzego Hasa z 1968 roku.
Mieliśmy serial Ryszarda Bera z 1977 roku.
Mamy setki opracowań, streszczeń, interpretacji, bryków, podcastów, memów i prawdopodobnie wystarczającą liczbę prezentacji maturalnych, żeby zapełnić nimi kilka szkolnych bibliotek.

A teraz dostajemy kolejną „Lalkę”.

I żeby było ciekawiej — nie jedną.

Najpierw, 16 września, Netflix wypuścił sześcioodcinkowy serial Pawła Maślony z Tomaszem Schuchardtem jako Wokulskim i Sandrą Drzymalską jako Izabelą Łęcką. A już 30 września do kin wchodzi kolejna ekranizacja, tym razem w reżyserii Macieja Kawalskiego, z Marcinem Dorocińskim i Kamilą Urzędowską.

Czy ktoś naprawdę zatęsknił za Wokulskim aż tak bardzo?

A może problem polega na tym, że „Lalka” wcale się nie zestarzała?


Bo „Lalka” nie jest o tym, co myślicie

Jeśli ktoś zapamiętał z lekcji polskiego przede wszystkim:

Wokulski + Izabela = nieszczęśliwa miłość

to… no cóż.

Prus może się za głowę złapać.

Bo „Lalka” jest przecież również o pieniądzach. O klasach społecznych. O tym, kto może wejść do jakiego świata, a kto ma grzecznie zostać za drzwiami. O ambicji. O samotności. O pogoni za kimś, kto być może wcale na nas nie czeka. O społecznych pozorach. O kobietach, które próbują znaleźć dla siebie przestrzeń w świecie urządzonym przez mężczyzn.

I o tym, że można mieć pieniądze, pozycję, talent, energię i głowę pełną pomysłów, a mimo wszystko czuć się jak człowiek stojący przed zamkniętymi drzwiami.

Brzmi znajomo?

No właśnie.

Dlatego „Lalka” ma tę irytującą właściwość, że można ją odłożyć na półkę na sto lat, a potem wyjąć i nagle odkryć, że Prus nadal coś do nas mówi.

O klasach społecznych? Aktualne.
O obsesyjnej miłości? Aktualne.
O pieniądzach i statusie? Aktualne.
O tym, jak bardzo chcemy być zaakceptowani przez ludzi, którzy być może wcale nas nie potrzebują? Aktualne aż za bardzo.

I może właśnie dlatego filmowcy ciągle do niej wracają.


Ale przecież to tylko szkolna lektura…

Ach, „tylko szkolna lektura”.

To jest chyba jeden z największych problemów klasyki.

Kiedy książkę zaczynamy czytać dlatego, że „będzie na maturze”, bardzo łatwo przestajemy czytać ją jak historię o ludziach.

Zamiast Wokulskiego widzimy „bohatera pozytywistycznego z elementami romantyzmu”.

Zamiast Izabeli — „przedstawicielkę arystokracji”.

Zamiast Rzeckiego — „typowego romantyka”.

A potem wszyscy siedzą nad arkuszem i zastanawiają się, czy aby na pewno dobrze rozpoznali motyw pracy organicznej.

I gdzieś po drodze ginie najważniejsze:

ci ludzie mają uczucia.

Wokulski jest człowiekiem, który potrafi zarobić fortunę, ale nie potrafi przestać kochać kobiety, która nie daje mu tego, czego potrzebuje.

Izabela jest kobietą wychowaną w świecie, w którym małżeństwo jest również transakcją społeczną.

Rzecki żyje wspomnieniami i własną wizją świata, który powoli odchodzi.

A wokół nich jest Warszawa — pełna ludzi bogatych, biednych, ambitnych, pogodzonych z losem i takich, którzy próbują go oszukać.

Czyli, mówiąc brutalnie:

nic nowego pod słońcem.


No dobrze. To co z tą „Lalką” Netflixa?

Tu zaczynają się schody.

Bo Netflix od początku właściwie powiedział:

Nie oczekujcie wiernej ekranizacji.

I chyba trzeba to sobie bardzo wyraźnie powiedzieć.

To nie jest próba przeniesienia książki strona po stronie na ekran.

Twórcy potraktowali powieść jako punkt wyjścia i zrobili z niej współczesną, momentami bardzo bezczelną reinterpretację. Netflix sam określa produkcję jako współczesną reinterpretację klasycznej powieści. Pojawiają się nowe wątki, śledztwo, rodzinne tajemnice, groteska, humor, thriller, a nawet elementy horroru.

I tutaj właśnie zaczęła się awantura.

Bo jak wiadomo, Polak może wybaczyć bardzo wiele.

Ale rusz mu „Lalkę”…


Wokulski przeklina. Izabela jest bardziej bezczelna. Arystokracja dostaje po głowie.

I nagle:

NARODOWA DYSKUSJA.

Netflix już przed premierą podkręcał atmosferę. Pojawiały się plakaty i hasła reklamowe mocno odbiegające od tego, co większość z nas kojarzy z lekcją polskiego. Twórcy zapowiadali mieszanie gatunków, współczesny język i odejście od pomnikowego traktowania bohaterów.

W serialu są przekleństwa. Jest seks. Jest przemoc. Są środki odurzające. Netflix oznaczył produkcję jako 16+.

A Izabela?

No cóż.

To już nie jest ta sama Izabela, którą wielu z nas pamięta ze szkolnych interpretacji.

Twórcy mocniej przyglądają się jej motywacjom i pozycji kobiety w świecie, w którym jej życie w dużej mierze zależy od mężczyzn, pieniędzy i małżeństwa.

I tu pojawia się jedno z ciekawszych pytań:

czy naprawdę znamy Izabelę Łęcką, czy znamy tylko szkolną wersję Izabeli Łęckiej?


A ja?

Ja na razie jestem po pierwszym odcinku.

I dlatego nie będę udawać, że już wiem wszystko.

Nie wiem.

Podchodzę do tej „Lalki” ostrożnie.

Bardzo ostrożnie.

Bo z jednej strony oglądam i myślę:

„Oho. Oni naprawdę to zrobili.”

Z drugiej — patrzę na scenografię, kostiumy, aktorów i myślę:

„No dobrze, przyznaję. Wygląda to naprawdę dobrze.”

A potem pojawia się kolejna scena i znowu mam ochotę zapytać:

„Prusie, czy ty to widzisz?”

I właśnie ta niepewność jest chyba najciekawsza.

Nie wiem jeszcze, czy oglądam świetną reinterpretację, czy bardzo kosztowny eksperyment na żywym trupie szkolnej lektury.

Na pewno jednak nie jest nudno.


I chyba właśnie o to chodzi

Opinie po premierze są zresztą mocno podzielone.

Jedni chwalą aktorstwo, scenografię, kostiumy i odwagę twórców. Inni zarzucają serialowi zbyt dalekie odejście od Prusa, współczesny język i to, że bohaterowie momentami zachowują się zupełnie inaczej niż w powieści. Widzowie na Filmwebie również są podzieleni — obok zachwytów pojawiają się bardzo krytyczne głosy dotyczące scenariusza, dialogów i wierności oryginałowi.

I wiecie co?

Bardzo dobrze.

Bo chyba właśnie po to robi się nowe adaptacje.

Nie po to, żebyśmy wszyscy zgodnie powiedzieli:

„Och, cudownie. Dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie książkę.”

Tylko po to, żeby ktoś nas trochę zdenerwował.

Zmusził do dyskusji.

Kazał spojrzeć na bohatera inaczej.

Albo wrócić do książki i sprawdzić:

„Zaraz… a czy Prus rzeczywiście napisał to tak, jak ja zapamiętałam?”


A teraz najciekawsze: mamy dwie „Lalki”

I to jest sytuacja naprawdę wyjątkowa.

We wrześniu 2026 roku dostajemy dwie niezależne produkcje oparte na tej samej powieści.

Netflixowa „Lalka” jest reinterpretacją — bardziej współczesną, gatunkowo szaloną, świadomie igrającą z oryginałem.

Film Macieja Kawalskiego, który wchodzi do kin 30 września, ma być znacznie bliższy klasycznej ekranizacji i trwać aż 2 godziny i 45 minut.

Czyli mamy:

Wokulski Netflixa — Tomasz Schuchardt.
Wokulski kinowy — Marcin Dorociński.

Izabela Netflixa — Sandra Drzymalska.
Izabela kinowa — Kamila Urzędowska.

I ja już jestem bardzo ciekawa jednego.

Który Wokulski będzie bardziej… Wokulskim?

A może pytanie powinno brzmieć:

który będzie bardziej naszym Wokulskim?


Bo „Lalka” nie potrzebuje pomnika

I może właśnie dlatego ciągle do niej wracamy.

Bo pomniki się podziwia.

A dobre historie się czyta, ogląda, kłóci się o nie i interpretuje na nowo.

„Lalka” przetrwała ponad 140 lat nie dlatego, że wszyscy Polacy codziennie wzdychają do pozytywizmu.

Przetrwała, bo opowiada o ludziach, którzy chcą być kochani.

O ludziach, którzy chcą awansować.

O tych, którzy mają pieniądze, ale nie mają szczęścia.

O tych, którzy mają uczucia, ale nie mają odwagi.

O tych, którzy całe życie próbują wejść do świata, który mówi im:

„Przykro nam. Nie jesteś z naszej bajki.”

I może dlatego Wokulski nadal nas obchodzi.

Może dlatego Izabela nadal nas wkurza.

Może dlatego Rzecki nadal wzrusza.

I może dlatego kolejni twórcy patrzą na tę historię i mówią:

„A gdyby opowiedzieć ją jeszcze raz?”


A ja na razie oglądam dalej.

Bez wielkich deklaracji.

Bez krzyku, że Netflix „zniszczył Prusa”.

Bez zachwytu, że oto narodziło się arcydzieło.

Po prostu oglądam.

Bo jako bibliotekarka mam jedną zasadę:

najpierw przeczytać.

A dopiero potem się kłócić. 😉

I jeśli Netflixowa „Lalka” sprawi, że choć jedna osoba, która do tej pory mówiła:

„Lektury są nudne”

pomyśli:

„Ej… a może jednak przeczytam tę „Lalkę”?”

— to chyba warto było zrobić ten cały bałagan.

A teraz wybaczcie.

Wokulski czeka.

A ja mam jeszcze pięć odcinków do obejrzenia.

I bardzo możliwe, że po szóstym wrócę tutaj z zupełnie innym zdaniem.

Bo z „Lalką” najwyraźniej nigdy nie można być pewnym, kto kogo ostatecznie wyprowadzi w pole.

Okiem bibliotekarki — ciąg dalszy nastąpi.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

UWAGA! KONKURS!

Mamy to! Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa po raz kolejny w Bibliotece Maczka

"The Naturals. Genialne Umysły"